Najodleglejsze z naszych marzeń kiedyś wreszcie się spełnią, w życie wprowadzimy to, co zaplanowaliśmy. Stawiamy sobie cele do jakich dążymy realizując konkretne kroczki i mniejsze zadania. Planujemy i rysujemy scenariusze, rzeźbimy nasze życie - ale nie kalkulujemy... Nie za bardzo. Po prostu stąpając twardo po ziemi, prostujemy ścieżki... nie depcząc kwiatów i gniazd założonych wśród traw i paproci...
Poprawiamy codziennie i najczęściej to, co niefortunnie obróciliśmy w gruz, proch i popiół... miłość, bliskość, intymność i jej krew - armatnie mięso, wspólne chwile.
Jakieś wspomnienia, czyjeś marzenia, wrażliwość...
Nie płacąc podatku od szczęścia i od zysków i korzyści jakie osiągamy z przeżwanej miłości...
Tego samego staram się uczyć młodych ludzi, pokazując to - jak mam, jak to robię, jak potykam się: upadam i powstaję, jak z troską pochylam się a czasem - to, gdy reaguję jak burza, jak burzowa chmura i zimny wicher, czasem jak płomień... gdy płonę... nie spalając innych - choć gniew i niecierpliwość we mnie - wstępuje i trwa... Jak opanowuje mnie żywioł emocji i ich bogactwa.
Ale moi wychowankowie widzą we mnie prawdę. I człowieka...
Z krwi i kości, czasem mocnego a czasem ze słabością i smutkiem, schylonego do samej ziemi... czasem w modlitwie zatopionego lub w zadumie... czasem idącego przez osiedle - do domu, powoli i w skupieniu. Nawet momenty - gdy mówię coś, niby do siebie, wypowiadając słowa jakiejś krótkiej modlitwy, wezwania... ciszę kocham ponad wszystko, tę - jaka zapada pomiędzy ludźmi - na dłużej.
Moment w jakich sięgam i podaję chusteczki...
Kryzysy - ma każdy, zwycięstwa - nieliczni...
Ale po drodze można mieć fantastyczne i realne przygody ze sobą, pomiędzy ludźmi, w sobie szukać i grzebać by odnaleźć dobry kierunek i kontynuować marsz...
A jeśli zdarzy nam się ująć w marszu czyjąś dłoń i pójść jeden krok, jeden świat dalej - wygra dosłownie każdy z nas...
Moja droga do Santiago de Compostela szlakiem w Jakubowym Roku 2010 Górami błotem w deszczu ku Polu Spadających Gwiazd. Podobno w ich blasku dopływała do wybrzeży Iberii łódź z ciałem jednego z dwunastu apostołów, Jakuba Starszego. Podróż stała się moim osobistym Camino. Ludzie ból stóp Okaleczenia Kroki Słowa Plecak Pot Łzy Rozmowy Cudowne spotkanie Śpiew Nie zapomnę nigdy! Choć tylko 12 dni w drodze Z tego 7 spędzonych na szlaku, zmieniły całe moje życie Wywróciły je do góry dnem
środa, 18 maja 2016
poniedziałek, 16 maja 2016
Odniosłam porażkę... czyli historia pewnej znajomości, prolog
Chciałabym napisać, że wygrałam batalię o własny dom, rodzinę - ale przede wszystkim - o to małżeństwo. Bo o to ostatnie szczególnie zabiegałam przez ostatnie lata. O tę jego trwałość, poprawę w relacjach, poprawę w komunikacji. O otwartość, o rozmowę - dialog jakikolwiek. O szacunek wzajemny. Niestety, dziś - nie mogę...
Ja ten czas - i tę sprawę, czuję tak właśnie, tak mam. Ja to przegrałam. Oddaję ją tym samym.
Dziwne, może to tak właśnie miało być. Może to "na siłę" związanie się bez przekonania i nie o tym czasie, tak szkodliwe stawało się z każdym rokiem. A może założenie "nie muszę się starać - bo mam", jak zaklęcie jakieś - nie podziałało, nie tym razem... Taki w młodzieżowym slangu "lol".
Odstępuję to komuś innemu...
Nie pociągnę "jej" już ani jeden dzień dłużej. Nie nazwę tego miłością, bo to obraza dla miłości... Jedynej.
Nie chcę, nie potrafię - osłabiła moją siłę do życia i do walki o siebie tak, jak osłabia antybiotyk - ratujący organizm przed infekcją. A co, jeśli ja nadal chcę być chora z miłości, zakochałam się do szaleństwa - ogromną siłą i oddając ilość czasu jaki miałam, już wieki temu...
Biorę "wolne" dożywotnio od tej funkcji, od jej zadań. I tak, przez ostatnie lata nie brałam za to ani grosza, więc wszelkie gratyfikacje - dotychczasowe - chętnie oddam lub zrzekam się ich na rzecz mojej sukcesorki.
Znajdą się jakieś nietrafione, dla mnie, prezenty... Jakaś biżuteria - czy kamyki, kawałek złota, upominki z jakimi nie wiążą się dla mnie żadne emocje, ciepło ani nie mają tego blasku "daru", o jaki tak ciężko człowiekowi z małą subtelnością i dbałością o inne istoty.
Idę przed siebie. Podnoszę głowę, mówiąc "dziękuję... ale - nie", bez komplikacji i narażania się na słowa których i ja, i mój mąż, możemy nadal bardzo, bardzo żałować. Tak kończy się droga "do Composteli" a zaczyna schodzenie tą ścieżką - w dół. Samotne zejście, ostrzejsze -
i po "śliskim"...
Nad Camino wciąż pada deszcz, nad moją głową - burzowe chmury.
A ja - nawet do tej zmienności pogody, w czasie wędrówki w 2010 roku - szybko przyzwyczaiłam się. Deszcz, nie tylko deszcz... Czas polubić deszcz, tak jak polubiłam z czasem smak i zapach swoich łez...
Ja ten czas - i tę sprawę, czuję tak właśnie, tak mam. Ja to przegrałam. Oddaję ją tym samym.
Dziwne, może to tak właśnie miało być. Może to "na siłę" związanie się bez przekonania i nie o tym czasie, tak szkodliwe stawało się z każdym rokiem. A może założenie "nie muszę się starać - bo mam", jak zaklęcie jakieś - nie podziałało, nie tym razem... Taki w młodzieżowym slangu "lol".
Odstępuję to komuś innemu...
Nie pociągnę "jej" już ani jeden dzień dłużej. Nie nazwę tego miłością, bo to obraza dla miłości... Jedynej.
Nie chcę, nie potrafię - osłabiła moją siłę do życia i do walki o siebie tak, jak osłabia antybiotyk - ratujący organizm przed infekcją. A co, jeśli ja nadal chcę być chora z miłości, zakochałam się do szaleństwa - ogromną siłą i oddając ilość czasu jaki miałam, już wieki temu...
Biorę "wolne" dożywotnio od tej funkcji, od jej zadań. I tak, przez ostatnie lata nie brałam za to ani grosza, więc wszelkie gratyfikacje - dotychczasowe - chętnie oddam lub zrzekam się ich na rzecz mojej sukcesorki.
Znajdą się jakieś nietrafione, dla mnie, prezenty... Jakaś biżuteria - czy kamyki, kawałek złota, upominki z jakimi nie wiążą się dla mnie żadne emocje, ciepło ani nie mają tego blasku "daru", o jaki tak ciężko człowiekowi z małą subtelnością i dbałością o inne istoty.
Idę przed siebie. Podnoszę głowę, mówiąc "dziękuję... ale - nie", bez komplikacji i narażania się na słowa których i ja, i mój mąż, możemy nadal bardzo, bardzo żałować. Tak kończy się droga "do Composteli" a zaczyna schodzenie tą ścieżką - w dół. Samotne zejście, ostrzejsze -
i po "śliskim"...
Nad Camino wciąż pada deszcz, nad moją głową - burzowe chmury.
A ja - nawet do tej zmienności pogody, w czasie wędrówki w 2010 roku - szybko przyzwyczaiłam się. Deszcz, nie tylko deszcz... Czas polubić deszcz, tak jak polubiłam z czasem smak i zapach swoich łez...
Uśmiechem a nie trądem, zarażać
Co jest za mną...
co przede mną... jednego już nie pamiętam, drugiego - jeszcze nie znam... z bajki, "Dobranocki" - jednej z ostatnich - ojca Szustaka, o mędrcu - pustelniku, zapadło mi w pamięć zajęcie się tym co jest teraz - aktualnie i człowiekiem, jakiego Bóg postawił w tym momencie na mojej drodze. Nie jutro, nie po jutrze... teraz i już, nie zaraz nawet... Jeśli mam do opatrzenia ranę, opatruję, mam klęknąć by ucałować dziecko - klękam... pochylić się i podnieść - unieść - unoszę, człowieka czy jego ciężar...
Jeśli tak patrzę na życie - to ma ono sens, nie tylko jakiś "głębszy", ono zyskuje, ono zaczyna mnie - mimo powtarzalności i małości swej - cieszyć... To mi gra... w duszy i w ciele i jest mi lżej. Bo wiem co zrobiłam, ile mogę a na co mnie nie stać, za co powinnam się wstydzić - bo zaniechałam, to mi porządkuje świat. Dziękuję za takie życie każdego dnia. Sensowne dla mnie, nie tylko... ale dla innych.
Nie dbając o grosze, o bogactwa, można być szczęśliwym i spełnionym... ubogim, bo znalazło się skarb... Inny niż perły, korale, diamenty i złoto.
Skarb serca, dziedzictwo.
Skarb wielki. Boga(ctwo) w drugim człowieku.
A tak łatwo przecież to, co najistotniejsze - tracimy z oczu...
co przede mną... jednego już nie pamiętam, drugiego - jeszcze nie znam... z bajki, "Dobranocki" - jednej z ostatnich - ojca Szustaka, o mędrcu - pustelniku, zapadło mi w pamięć zajęcie się tym co jest teraz - aktualnie i człowiekiem, jakiego Bóg postawił w tym momencie na mojej drodze. Nie jutro, nie po jutrze... teraz i już, nie zaraz nawet... Jeśli mam do opatrzenia ranę, opatruję, mam klęknąć by ucałować dziecko - klękam... pochylić się i podnieść - unieść - unoszę, człowieka czy jego ciężar...
Jeśli tak patrzę na życie - to ma ono sens, nie tylko jakiś "głębszy", ono zyskuje, ono zaczyna mnie - mimo powtarzalności i małości swej - cieszyć... To mi gra... w duszy i w ciele i jest mi lżej. Bo wiem co zrobiłam, ile mogę a na co mnie nie stać, za co powinnam się wstydzić - bo zaniechałam, to mi porządkuje świat. Dziękuję za takie życie każdego dnia. Sensowne dla mnie, nie tylko... ale dla innych.
Nie dbając o grosze, o bogactwa, można być szczęśliwym i spełnionym... ubogim, bo znalazło się skarb... Inny niż perły, korale, diamenty i złoto.
Skarb serca, dziedzictwo.
Skarb wielki. Boga(ctwo) w drugim człowieku.
A tak łatwo przecież to, co najistotniejsze - tracimy z oczu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)